CZYNNE

PON - CZW
10:00 - 21:00
PT - SOB
10:00 - 22:00
NIEDZIELA
10:00 - 20:00

image

KORNEL FILIPOWICZ

 

image

KORNEL FILIPOWICZ

ur. 27 października 1913r. w Tarnopolu

zm. 28 lutego 1990r. w Krakowie

Miron Eustachy Kornel Filipowicz urodził się w Tarnopolu, 27 października 1913 roku. Wojna, która nadeszła rok później rozdzieliła rodzinę Filipowiczów i dopiero po dziewięciu latach, gdy ojciec pisarza Kornel Wiktor Filipowicz (1876-1938) wydostał się z Rosji, zamieszkali ponownie wspólnie, wybierając na miejsce osiedlenia wielokulturowy Cieszyn. Dopiero tutaj, dziewięcioletni wówczas Kornel, rozpoczął naukę w trzeciej klasie szkoły podstawowej i jakiś rok później napisał swoją pierwszą mikropowieść. Niestety awanturnicza opowieść rozgrywająca się w Brazylii nie spodobała się ojcu, wyraził on swoją negatywną opinię i próbował odciągnąć syna od literackich zapędów. Zniechęcony chłopak albo Zniechęcony młody człowiek podjął naukę w cieszyńskim gimnazjum, ale na profilu matematyczno-przyrodniczym zamiast humanistycznym, co jednak nie miało wpływu na czujność Juliana Przybosia, poety późniejszej Awangardy Krakowskiej, który jako nauczyciel gimnazjalny patronował początkom literackim swoich najzdolniejszych uczniów. Kornel to wsparcie odebrał bardzo poważnie i z sukcesem rozwinął się pod skrzydłami nauczyciela, który nawet po latach edukacji szkolnej obserwował i wspierał swego ucznia z serdecznością, co zamieniło się z czasem w szczery podziw i przyjacielskie kontakty. Stosunkowo szybko zakorzeniła się literackość w Filipowiczu i na tyle mocno, że nie potrzebna była zmiana profilu nauczania. Okazało się, że autentycznie, z powołania objawiała się w Kornelu równorzędnie natura przyrodnika i w 1933 roku podjął studia na wydziale biologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, równocześnie debiutując na łamach „Zarania Śląskiego” wspomnianym już opowiadaniem „Zapalniczka”, odsłaniającym fragment codzienności z życia czeladników warsztatu piekarskiego i ślusarskiego, dla których jedyną przyjemnością dnia była zabawa zapalniczką. Od samego początku widoczna jest koncentracja autora na czynnościach, elementach życia powszedniego, gdzie jak u Czechowa, widoczny jest zwyczajny człowiek i z pozoru banalna historia. To wyrzeczenie się efektów fabularnych na rzecz prawdy i prostoty na zawsze już pozostanie w jego twórczości.

Jestem przekonany, że pisarzem nie zostaje się, lecz staje się na przestrzeni wielu lat, gromadząc w sobie materiał wzruszeniowy i doświadczeniowy powiedział w radio w 1948 roku. Miał już wówczas za sobą aresztowanie przez gestapo w domu rodzinnym Jaremów (domu przyszłej żony) w kwietniu 1944 roku za działalność podziemną, i osadzenie w więzieniu na Montelupich. Tego samego roku doświadczył pobytu w obozach koncentracyjnych Gross-Rosen, Sachsenhausen i Oranienburg. Po opuszczeniu obozu wziął ślub z Marią Jaremą (1945). Długo nie pisał, sytuacje z czasów wojny usiłowały mu odebrać wiarę w człowieka, ale nie był w stanie omijać motywów istotnych, odkładały się boleśnie w jego pamięci i nadwyrężały wrażliwość odbierania świata. Po wojnie wrócił z debiutanckim tomem opowiadań „Krajobraz niewzruszony”(1947), który przyniósł mu Nagrodę Literacką Miasta Kraków (w latach ubiegłych przyznaną też między innymi Julianowi Przybosiowi). Mnóstwo tu znaczących ujęć okupacyjnej codzienności, w jakiej znalazł się Jan Borecki, alter ego Filipowicza, który pojawi się później w „Ulicy Gołębiej” (1955), reprezentując środowisko studenckie dwudziestolecia międzywojennego. Nie prędko autor wychyla się z tła wydarzeń wojennych, pisze „Księżyc nad Nidą” (1950), później kontynuuje tę powieść jako „Biały zeszyt” (1955), kolejne utwory „Po burzy” (1956), „Ciemność i światło” (1959), „Pamiętnik antybohatera” (1961), „Jeniec i dziewczyna” (1964) czy „Ogród pana Nietschke” (1965), w których odczuwalne jest piętno wojny i potrzeba zwrócenia uwagi autora na postępowanie człowieka uwikłanego w narodową historię. Filipowicz stara się nie oceniać, w sposób bardzo uczciwy przedstawia jako jeden z nielicznych pisarzy człowieczeństwo u wroga, szuka prawdy, nie negując tego, co napotka, pozostawiając czytelnikowi wolne miejsce na własny punkt widzenia jednostki czy całokształtu sytuacji społecznej. Jego opowiadania okupacyjne, „Złoty krzyżyk”, „Czas wojny” czy poruszający „Krajobraz, który przeżył śmierć” o tragicznym fragmencie życia przyjaciela, znanego malarza, Żyda z pochodzenia, Jonasza Sterna, który przeżył egzekucję, ukrywając się pod stosem zwłok, zapadają w pamięć jako jedne z najprawdziwszych obrazów okupacyjnej codzienności przełożone na słowo przez polskich pisarzy powojennych, jak te Zofii Nałkowskiej czy Tadeusza Borowskiego.

image

Jednak wybitność twórczości Kornela Filipowicza nie ogranicza się tylko do wspomnień obozowych. Obdarzony wielką zdolnością obserwacji zatrzymuje świat, człowieka, krajobraz w różnych momentach istnienia, tworząc w gatunkach prozy mu najbliższych – nowelach, opowiadaniach czy mikropowieściach – wielką opowieść swojego życia. Wydaje się, że świadomie do tego dążył poprzez powroty w nich do czasów dzieciństwa, wspomnienia szkoły, przyjaciół czy ojca, aż po czas wojny i gawędy wędkarskie. Był w szczególny sposób oczarowany otaczającym go światem, wypełniony poczuciem obowiązku wobec rzeczywistości i zrozumienia siebie poprzez bliskie przyglądanie się temu, co tę rzeczywistość tworzy. Nic mu nie umykało, niczego nie unikał i nic w jego świadomości nie było niegodne zatrzymania się, refleksji i choćby miniatury prozatorskiej. Wisława Szymborska, z którą po swoich dwóch małżeństwach (Maria Jarema, uznana malarka zmarła w 1958; małżeństwo z Marią Próchnicką, historykiem sztuki okazało się nietrwałe), prowadził luźny, ale pełen miłości i zrozumienia związek przed dwadzieścia trzy lata, była zafascynowana odbieraniem pejzażu, krajobrazu, który był nieodłącznym tłem jego prozy. Sama nie lubiąc, opisów przyrody przekonała się,  że opis taki u Kornela nabiera zupełnie innego wymiaru, i sam opis staje się fabułą, która wciąga. W ramy tego krajobrazu zaś, doskonale wstawiał istnienia ludzkie, ich doświadczenia życiowe i okruchy codzienności, które w jego sposobie przypatrywania się, stawały się codziennością niezwykłą. Z pozornie niczego istotnego potrafił wydobyć wielkość i ważność istnienia, i to nie tylko ludzkiego, ale również zwierzęcego ( „Kot w mokrej trawie”, „Pies wdowy Wurm”, „Rzadki motyl” – zbiór opowiadań „Kot w mokrej trawie”, Wyd. Literackie, 1977, a także „Kali” z tomu „Biały ptak”, Wyd. Literackie, 1973). Koncentrował się na wszystkim, co towarzyszyło życiu, bo nic przecież nie dzieje się bez potrzeby i wszystko posiada ukryte pod płaszczem zwyczajności znaczenie. Potrzeba tylko takiej przenikliwej spostrzegawczości, zaangażowania w świat, zmysłu obserwacji i chęci poznawania człowieka, jakie to cechy posiadał Kornel Filipowicz, by móc dostrzec to głębsze znaczenie. Właśnie ta jego nietuzinkowa umiejętność przerabiania prawdy o życiu na literaturę, to wyczulenie na najdrobniejsze elementy, nadawanie ważności nie tylko całościom, ale też fragmentom ludzkich losów jest fundamentem jego genialnej twórczości. W dużej mierze bardzo prawdziwej, bo opartej na własnej biografii, bądź epizodach z życiorysów przyjaciół i znajomych.

image

Większość życia spędził Kornel Filipowicz w Krakowie, ale przynajmniej raz w roku przyjeżdżał do prowincjonalnego małego miasteczka z dzieciństwa. Po cieszyńskim rynku spacerował wspólnie z Wisławą Szymborską, oboje byli członkami Cieszyńskiego Klubu Hobbystów i oboje bardzo to miasto lubili. Z rynku pod kamienicę przy ulicy Górnej jest niedaleko, można dojść piechotą, więc odwiedzał zapewne to miejsce ze wzruszeniem. Może wstępował do parku Kościelnego pełnego kasztanów, które zbierał namiętnie jak każde dziecko wychowane w takim miejscu, wśród dwunastu okazałych kasztanowców, wiekowej lipy drobnolistnej, klonu polnego i sosen wejmutek. To miejsce zabaw, za kamienicą wspominał w opowiadaniu „Jutro także będzie dzień” – Na wschodzie trwała jeszcze wojna, mojego ojca nie było z nami. Mieszkaliśmy w szarym, piętrowym budynku, położonym w sąsiedztwie koszar otoczonych z trzech stron ceglanym murem, z czwartej wysokimi, żelaznymi sztachetami. Miałem sześć lat i zajmowałem się zbieraniem kasztanów walających się na wilgotnej, pokrytej rzadką trawą ziemi, zdrapywałem kruchy, odstający od cegieł tynk, robiłem podkopy, wznosiłem budowle i stawiałem mosty. Porzucałem nagle te czynności, aby przekraść się do zamkniętego na kłódkę ogródka, gdzie rosły w cieniu krzaków ogniste nasturcje. Kwiaty te smakowały jak rzodkiewka, o czym dowiedziałem się od jednego chłopca, który umarł później na szkarlatynę. Zrywałem i zjadałem kwiat nasturcji, potem, zaniepokojony czymś stałem i nasłuchiwałem: ze stajni słychać było uderzenia kopyt, z daleka dolatywał turkot kół po bruku. Szedłem powoli w pewne odległe miejsce w parku. Był tam okrągły, cembrowany basen (…) mówili, że ta sadzawka nie ma dna, że gdybym do niej wpadł – zginąłbym na zawsze.

c.d.n.